Wspomnienia

Był 1963 r., Technikum Kolejowe w Krakowie. Przeniosłem się do Krakowa z Wrocławia, zostałem tutaj przyjęty do trzeciej klasy na Wydział Trakcji Elektrycznej – w tej klasie uczył się Kazimierz Jancarz. Mieszkał w internacie. Potem, w klasie maturalnej, siedzieliśmy obok siebie w pierwszej ławce i nie ukrywam, że korzystałem z jego wiedzy... Kazio był pilnym uczniem... Ale nie mogę powiedzieć, żebyśmy się przyjaźnili. Należałem do grupy rozrywkowej; wtedy tworzył się zespół bigbitowy w szkole, chłopcy grali na gitarach własnej roboty, natomiast Kazek był uczniem mieszkającym w internacie – to była druga grupa: sportowcy, koszykarze itd. Należał do pracowitych uczniów, ładnie pisał, rysował, dlatego korzystałem z jego pięknych sprawozdań w pracowni elektrycznej. Kiedy podczas jednego z urlopów przyjechałem odwiedzić Technikum Kolejowe – no bo przecież tam były również koleżanki – nieżyjąca już pani woźna Samkowa (wspaniała kobieta, mama taka) powiedziała mi, że Kazio wstąpił do seminarium duchownego. To był dla mnie szok! Nic nie wskazywało na to, że miał taki zamiar. To było totalne zaskoczenie. Potem spotkałem go raz, szedł już w sutannie kleryka seminarium krakowskiego. Pamiętam, po szkoleniu ideologicznym w wojsku zaczepiłem go dosyć obcesowo, dlaczego się Kościół wtrąca w regulację urodzin itd. On mnie wtedy tak strasznie zrugał, tak na mnie nakrzyczał na tych Plantach, że do dzisiejszego dnia pamiętam. I to po prostu spowodowało, że zacząłem się zastanawiać nad tym, jak nas wychowywano... I na temat nauki Kościoła. Nie ukrywam, że jako młody chłopak traktowałem sprawy wiary tak sobie. Odwiedziłem go raz w seminarium, on już wtedy był po święceniach diakonatu, następne były święcenia kapłańskie. Zebraliśmy się całą klasą, przyszliśmy na Wawel na te jego święcenia neoprezbiteriatu, a potem była prymicyjna Msza św. w Makowie. Pojechaliśmy tam całą naszą klasą, ściągając nawet naszego ukochanego wychowawcę, pana Tomaszewskiego, który wyjechał gdzieś do pracy naukowej do Warszawy.

Jan Szczudło

Mnie wyjątkowo imponował. Dlatego znalazłam się w konfraterni akademickiej przy parafi pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego. Konfraternia skupiała studentów i pracowników naukowych krakow- skich uczelni. Rosłam w czasach, kiedy był dystans między kapłanem a wiernymi. Zimne kościoły... I ta ambona wyniesiona wysoko! A tutaj – taki bezpośredni kontakt z bliskim człowiekiem... Z poczuciem humoru, dobrą energią, kochający swoje powołanie. Dzieci bardzo lubiły chodzić do niego na religię – biegły na religię z ks. Kazimierzem. Zapamiętałam, jak z nimi rozmawiał: „Słuchajcie, a jak ktoś was zapyta, kto was uczy religii, to nie mówcie, że ten gruby, ten typ, tylko – że ksiądz w sam raz...”. To było piękne! Burzyło mury, znikał dystans.

Maria Mleczko

Ksiądz Kazimierz miał charyzmat. Niczym starożytny prorok umiał przewidywać, i to daleko w przód. Kiedyś na jednej z konwencji powiedział: „Słuchajcie, powiem nieładnie: wy to już jesteście przeznaczeni na nawóz, na którym wyrośnie to nasze nowe pokolenie... Wy już nic nie zrobicie więcej, bo jesteście przesiąknięci komunizmem; to tak jak Żydzi, którzy musieli przejść przez pustynię. Tak i wy musicie oczyścić się z tego, co prawie czterdzieści lat na was było. I dopiero po tym wyrośnie następne pokolenie”. Zawsze troszczył się o najbiedniejszych. Sam wychowywał się w wielodzietnej rodzinie, więc wiedział, co znaczą niedostatki. Wiedział, ile znaczy pomoc dla biedniejszego dziecka – to było wyznacznikiem jego działalności. Natomiast zasadniczą sprawą było to, że mówił: „Wy musicie być Polakami”.

Andrzej Mleczko

Kiedy został ogłoszony stan wojenny, baliśmy się, by nasze dokumenty nie wpadły w ręce bezpieki. Zdecydowaliśmy, żeby jechać do Mistrzejowic, bo tam jest taki ksiądz, z którym możemy porozma- wiać, i część dokumentów po prostu u niego schować. Pojechałam, przedstawiłam się, a on powie- dział, że je przechowa, więc wszystko mu przekazałam. To było moje pierwsze spotkanie z ks. Kazimierzem Jancarzem. Kiedy zaczęły się pierwsze msze, przychodzili zwłaszcza mężczyźni. Po aresztowaniu i internowaniu więźniów w ośrodkach odosobnienia, głównie w Nowym Wiśniczu, a później w Załężu, modliliśmy się w dolnej kaplicy w Mistrzejowicach. To nie było zapowiadane – jedni drugim przekazywali. I tak, po prostu, zaczęłam brać udział w tych spotkaniach. To był pomysł ludzi z KPN–u, by zorganizować głodówkę ze względu na aresztowanych. Ksiądz Jancarz się na to nie zgodził: „Nie głodówka, ale modlitewne czuwanie” – i rozpoczęło się to czuwanie w parę osób. Brali w tym udział przede wszystkim mężczyźni. Każdego dnia przybywało ludzi, powstała niesamowita atmosfera! Aż wreszcie do modlących się dotarła informacja, że aresztowanych zwolniono! Był czwartek... Baliśmy się, że to koniec tych naszych mszy; nie chciało się, szczerze powiedziawszy, do domów wracać. Tam, w Mistrzejowicach, był taki kawałek nadziei... I po prostu dobrze nam było w tym kościółku, w tej dolnej kaplicy. Wtedy ks. Kazimierz powiedział, żebyśmy się spotkali w następny czwartek. I tak następny, następny... I takie były wszystkie czwartki za Ojczyznę – właściwie żadnego nie opuściłam.

Józefa Parzelska

Rozpoczęliśmy głodówkę. Połączyliśmy ją z modlitwą o uwolnienie aresztowanych i internowanych. To trwało dziewięć dni. Zmienialiśmy się, ale z dnia na dzień przybywało więcej osób. Ksiądz Kazimierz w tych swoich płomiennych homiliach potrafił tak rozgrzewać ludzi, tak zapalać i angażować, że wierni już nie mieścili się w kościele i stali na zewnątrz. W ostatnim dniu przyszła wiadomość o uwolnieniu tych kolegów z Załęża. Wybuchła euforia! Liczyliśmy, ile mogło być wtedy osób – pewnie około tysiąca – nie tylko parafian, ale przyjeżdżali także ludzie z okolic Krakowa, tak się rozniosła wieść o naszych głodówkach, o spotkaniach… Ludzie po prostu czuli potrzebę bycia razem i przychodzili. Skończyło się nabożeństwo, skończyła się homilia – część oficjalna – a tu nikt nie chce iść do domu, wszyscy stoją… Ksiądz Kazimierz zaczął odprawiać różaniec jasnogórski i tak dziewięć razy, a ludzie nadal nie idą do domu… I wtedy ks. Jancarz powiedział: „Słuchajcie, wiecie co, no to spotykamy się za tydzień w czwartek o tej samej porze, czyli o szóstej”. I tak się zaczęły te nabożeństwa, te czwartki słynne...

Edward Kuliga

To był bardzo energiczny człowiek, silnie zbudowany, nieraz rubaszny, o charakterze równego, dynamicznego partnera, który nie pozwala zasnąć i spocząć na laurach, wspierającego, ale też słuchającego. Wiedział, czego chce, miał duże zaufanie do ludzi, czuć było wolną rękę, choć brał czasami też na własne plecy ciężkie pytania, bo sztuka nie zawsze jest jednoznaczna i ludzie w środowisku robotniczym często pytali. Także i dla księży nie wszystko było zrozumiałe, zwłaszcza, że to nie była sztuka kultowa, ale mówiąca o człowieku, o sytuacji, o stanie ówczesnej kondycji ludzkiej w Polsce i mogła niektórych razić, niewątpliwie bywała kontrowersyjna. A on to brał na siebie – nie widział w tym większego problemu. Nigdy nie był cenzorem, co często w Kościele się zdarza. To był bardzo otwarty człowiek i dynamika kontaktów z nim zmuszała wręcz do nowych inicjatyw. Miał niewątpliwie mocną wizję roli kultury, ale też wizję polityki i duszpasterstwa. Te wszystkie trzy elementy łączyły się w jedno. Dzięki ks. Jancarzowi nastąpiło otwarcie się na zwykłego człowieka, na robotnika. To specyficzne lata, czas, który nas kształtował. Nasza twórczość w tym czasie wyrosła. W żadnym innym okresie nie powstało tyle dzieł sztuki nie na zamówienie, które uwzględniają element ikonografii chrześcijańskiej, wpływu chrześcijaństwa, wejścia w myśl chrześcijańską. Tak było w sztuce niezależnej lat 80., jak chyba nigdy w dziejach przedtem, ani nigdzie indziej… Takie miejsca, jak Mistrzejowice budowane przez ks. Jancarza są jednym z ówczesnych fenomenów.

Tadeusz Boruta

Ksiądz Kazimierz to barwna postać. Niesłychanie energiczny – wszystkich nas popychał do pracy. Żyliśmy w napięciu, żeby nas nie zamknęli – to nie był czas luzu – a on był niezwykle zaangażowany, żeby wszystko wyszło. Odprawiał wręcz niesamowite Msze św., także podczas konferencji. Dawało nam to poczucie pracy w imię najwyższych praw. Kto nie chciał uczestniczyć, nie musiał, ale było wiadomo, że dla wszystkich jest miejsce.Ksiądz Jancarz i jemu podobni byli wyjątkowo narażeni na represje. Ich wpływ wynikający z posiadania ambony i znacznych możliwości był straszliwie irytujący dla władzy ludowej, przecież dlatego zamordowano ks. Jerzego, straszono innych księży. Ci ludzie ryzykowali życiem. On był bardzo energicznym człowiekiem, zawsze coś budował, coś organizował… W tej sytuacji bardzo łatwo było mu podłożyć coś paskudnego, jakąś „świnię”, żeby się poślizgnął. Myślę, że był tego świadom, że w jego otoczeniu może być ktoś chcący zrobić mu krzywdę. I świadomość tego musiała być dla niego trudna.

Zofia Romaszewska

W 1983 r. któryś z kolegów powiedział mi, że ks. Jancarz chce się ze mną spotkać, ponieważ słyszał, że jeszcze przed powstaniem „Solidarności” wydawałem w Nowej Hucie „Krzyż Nowohucki”, podziemny miesięcznik. W naszej oficynie wydawaliśmy także książki. Wiedziałem, że to zaangażowany ksiądz z Mistrzejowic. Po uzgodnieniu terminu odbyliśmy dość długą rozmowę. Ksiądz Jancarz zaproponował mi wtedy zorganizowanie i poprowadzenie Chrześcijańskiego Uniwersytetu Robotniczego, na co przystałem ze sporym entuzjazmem. I tak się zaczęła nasza znajomość, która trwała do jego śmierci. W latach 1984–1985 było już widać bardzo dobrze, że to, co na początku w Nowej Hucie było dynamiczne, czyli gwałtowne manifestacje uliczne, po pewnym czasie zaczęło słabnąć. On mówił: „Trzeba tym ludziom po prostu dać nadzieję, trzeba zaproponować im jakieś działania, żeby odnaleźli sens” – i właśnie ChUR-em strzelił w dziesiątkę! Pełniłem w nim funkcję rektora. Do moich obowiązków należały sprawy organizacyjne: kompletowanie wykładowców, przygotowywanie grafiku. Schemat ChUR-u oczywiście wielokrotnie przedyskutowywałem z ks. Kazimierzem; mieliśmy program obliczony na dwuletni cykl studiów. Zamierzaliśmy co semestr przyjmować nową grupę. W apogeum naszego przedsięwzięcia odbywały się równolegle cztery semestry. Spotkania były co drugą sobotę od godziny szesnastej do dwudziestej. Współpracowali z nami znakomici wykładowcy z Politechniki Krakowskiej, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Ekonomicznej, Polskiej Akademii Nauk, Papieskiej Akademii Teologicznej. Mieliśmy znakomitych historyków, ekonomistów, pedagogów, psychologów. Wprowadziliśmy też po pewnym czasie indeksy, żeby bardziej sformalizować naukę. Bywało, że starsi hutnicy z kombinatu chwalili się swoim synom-studentom wpisami jakiegoś tuza naukowego: „Zobacz, proszę bardzo, ja miałem wykład z takim a takim…”. Ksiądz Jancarz powiedział mi kiedyś coś, co jeszcze wtedy nie bardzo mogło mi się pomieścić w głowie: „Słuchaj, kiedyś ten komunizm upadnie, trzeba będzie to wszystko, co po nim zostanie, jakoś zagospodarować; potrzebne będą kadry, które będą umiały rządzić, zakładać własne firmy, czyli to wszystko, co normalnie funkcjonuje w innych krajach”. Miał dobre serce, pomógł bardzo wielu ludziom, a jednocześnie był trochę porywczy, łatwo go było wyprowadzić z równowagi. Ale z drugiej strony potrafił zaryzykować wszystko dla czegoś, co uważał za słuszne, czy godne poświęcenia. Pamiętam, kiedy któregoś dnia ks. Jancarz był ewidentnie podłamany; to było wtedy, kiedy dotarła do nas wiadomość, że znaleziono zwłoki ks. Popiełuszki. Wydaje mi się, że wtedy do ks. Kazimierza dotarło, że może być bardzo różnie także i z nim. Sam zresztą powtarzał, że ks. Tadek Zaleski został pobity jakby w jego zastępstwie. Ksiądz Tadeusz najpierw mieszkał z rodzicami, później sam, przy zakonnicach w wikarówce na Woli Justowskiej, gdzie łatwo go było dopaść. A ks. Jancarz mieszkał otoczony ludźmi cały czas, dopaść go było znacznie trudniej…

Jan Franczyk

Jako bard „Solidarności”, po wydaniu pierwszej kasety podziemnej w „Nowej”, z której piosenki były potem emitowane przez „Głos Ameryki” i „Wolną Europę”, wiedziałem oczywiście, kim jest Kazimierz Jancarz i co się dzieje w Mistrzejowicach. Z kabaretem „Piwnica pod Baranami” zagraliśmy wcześniej sześć koncertów tryumfalnie przyjętych na Solcu w Warszawie u ks. dra Andrzeja Przekazińskiego. Elegancka sala, niezły fortepian, grało się tam jak w salonie – to było coś niezwykłego. Na koniec koncertu ludzie wstawali, były gromkie brawa, przeinteligentna publiczność – ale było salonowo, nie, że sztywno, a jednak to był salon. Dziwiło mnie to, bo do atmosfery salonu byłem raczej przyzwyczajony w Krakowie, a tu nagle to samo w Warszawie – jakby ktoś przeniósł tu atmosferę krakowską. Później dosyć dużo graliśmy po kościołach, ale Piwnica nigdy nie zagrała w Mistrzejowicach. A ja spokojnie czekałem, kiedy pojawi się emisariusz od brodatego kapłana z Mistrzejowic i zaprosi mnie do Nowej Huty. Wtedy z żoną mieszkaliśmy przy Nowym Kleparzu, w mieszkanku bez kuchni i łazienki, wspólne sanitariaty były na korytarzu. No i pojawił się emisariusz i zostałem zaproszony, żebym zagrał kilka piosenek przed Mszą św. za Ojczyznę. Wsiedliśmy z żoną w autobus i pojechaliśmy do Nowej Huty, do Mistrzejowic, zrobić próbę akustyczną. W słynnym dolnym kościele, gdzie odbywały się msze za Ojczyznę, moja żona rozmawiała z ks. Kazimierzem, a rozmowa była niezwykła. „No córeczko” – powiedział do mojej żony – „wam artystom to się dobrze powodzi, prawda… Dobrze, no na brak pieniędzy nie musicie narzekać, prawda...”. Moja żona odpowiedziała: „Różnie z tymi koncertami bywa… Żebyśmy byli przesadnie bogaci, to nie powiem…”. „No, ale samochodem przyjechaliście, prawda, samochodem, bo macie samochód. Przecież artyści mają samochody”. Żona na to: „Nie, nie mamy samochodu, przyjechaliśmy autobusem”. „Hm, ale przynajmniej duże mieszkanie macie, bo to przecież trzeba mieć pokój, żeby sobie ćwiczyć na gitarze…”. Żona opowiedziała, jak to jest męczące, gdy ja ćwiczę, bo mamy tylko osiemnaście metrów kwadratowych w starym budownictwie, wykrojone z dużego mieszkania. Ksiądz się zorientował: „Acha, to tak to wygląda” – i tu padło imię gospodyni ks. Kazimierza oraz polecenie, by spakowała nam trochę kiełbasy z lodówki, jakiejś szynki itd. W końcu wpadł ministrant i doniósł, że ludzie już są. Ksiądz Kazimierz mnie zaanonsował, usiadłem obok słynnego ołtarza „Solidarności” i zacząłem śpiewać. Nagle, po trzeciej piosence, zorientowałem się, że rośnie taka atmosfera, że gdybym w tym momencie powiedział: „Kochani, chodźmy na komitet”, to ludzie by poszli! Aż powietrze iskrzyło. To było coś nieprawdopodobnego. Potem wstałem i się ukłoniłem. Pamiętam ten tłum. Ludzie mieli łzy w oczach. Skandowali: „Dziękujemy!”. Coś zaśpiewałem na bis, oszołomiony tym wszystkim. Wiedziałem, że takie rzeczy w Polsce się dzieją, ale nie wiedziałem, że aż takie i że tak blisko miejsca, w którym mieszkam. I to już nie był salon, to pachniało rebelią… Nigdy nie myślałem, że pieśń może wyzwolić takie emocje, i to jeszcze moja pieśń… Wszystko byłoby pięknie, tylko trzeba było tę mszę zacząć, a miał ją odprawić ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Tylko nie mógł rozpocząć modlitwy, bo wciąż trwały brawa… Wtedy podszedłem do ks. Tadeusza i tak jak na ringu bokserskim podnosi się rękę zwycięskiego zawodnika, tak podniosłem jego rękę, a drugą dłonią wskazałem na niego. Ukłoniłem się i wyszedłem. Wtedy zrobiło się cicho, a przy ołtarzu pojawił się ks. Kazimierz. Miał niezwykły dar wyczuwania wiernych, tłumów. Stanął przy mikrofonie i powiedział: „Ale najpierw się pomódlmy, żeby pan Leszek bezpiecznie dojechał do domu”. Potem zaprosił mnie na kawę, bardzo miło pogadaliśmy. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie rzucił małej złośliwości. Mówię: „Cóż, ks. Kazimierzu, po tylu moich koncertach w Warszawie ksiądz sobie przypomniał, że jest w Krakowie bard opozycji?”. A on na to: „Aleśmy się pięknie spotkali i teraz to będziemy kontynuować! No, to kujemy żelazo póki gorące: wtedy a wtedy następny koncert”. Zaproponowałem, że kilka najpoważniejszych piosenek zagram jednak po mszy, a ponieważ nie wszystkie nadają się do śpiewania w kościele, możemy później przejść do salki i zagrać inne. Księdzu Kazimierzowi bardzo się to spodobało.

Leszek Wójtowicz

Był 1983 r., kiedy wyrzucono mnie z telewizji, gdyż w „Tygodniku Powszechnym” opublikowałem zdjęcie z Błoń podczas wizyty papieża – panoramę ukazującą te tysiące ludzi… Wtedy fotograf Staszek Markowski powiedział o mnie ks. Jancarzowi, gdyż ks. Kazimierz właśnie zastanawiał się, co zrobić ze swoja kamerą VHS. Takie były początki tzw. Niezależnej Telewizji. Filmowaliśmy rozmaite wydarzenia, a latem 1984 r. ruszyliśmy w Polskę. Byliśmy u ks. Jerzego Popiełuszki i na pielgrzymce w Częstochowie. Mieliśmy masę problemów technicznych, brakowało montażu… Ale – czy to w kościele w Mistrzejowicach, czy inaczej – nasze zdjęcia były dystrybuowane. Ksiądz się do tego zapalił; był entuzjastą, bo rozumiał siłę oddziaływania filmu… Współpracowaliśmy z Andrzejem Jaskowskim; na przełomie 1984 i 1985 r. dołączył do nas Maciek Szumowski, pojawił się też w tym czasie Jacek Fedorowicz. Pamiętam pierwszy program – o cenzurze – dekoracją prowizorycznego studia było powiększenie z „Tygodnika Powszechnego”.

Piotr Augustynek

Kazek nagrywał niezwykle pożyteczne programy: dyskusje publicystów, naukowców, działaczy. Były to rozmowy pasjonujące, bo wypowiadali się ludzie wyklęci przez władzę, np. Maciej Szumowski, Stefan Bratkowski – osoby bez porównania ciekawsze dla widza niż ci, których dopuszczała przed kamery telewizja państwowa. I nie było to cenzurowane! Kazek wymyślił, że zaangażuje na stałe Szumowskiego, świetnego reportażystę, przed 13 grudnia 1981 r. redaktora naczelnego „Gazety Krakowskiej”, dziennika PZPR, który przywożony z Krakowa przez podróżnych już na peronie Warszawy Centralnej osiągał zawrotne ceny, wielokrotnie wyższe niż w kioskach w Krakowie. Razem z Szumowskim – i tu Kazek na pewno był pierwszy – założyli Niezależną Telewizję, która – regularnie przygotowywała – wciąż na kasety oczywiście – zestawy wiadomości i reportaży, odkłamując pracowicie państwową propagandę. Kazek był tak zakochany w tym nowym medium, że powiedziałem mu kiedyś: „Wiesz, tak sobie myślę, że gdyby msza była, jak dawniej, po łacinie, to ty zamiast Deo gratias mówiłbyś Video gratias. Wiedziałem, że mnie nie zruga. Kazek często powtarzał, że jego zdaniem Pan Bóg na pewno ma poczucie humoru.

Jacek Fedorowicz

Poznałem ks. Kazimierza wkrótce po wyjściu z więzienia w sierpniu 1983 r. Wtedy zależało mi na spotkaniu z ks. Władysławem Palmowskim, który nie ustawał w pomocy rodzinom osób uwięzionych, a także inicjował działania konspiracyjne w Nowej Hucie, podobnie, jak ks. Jancarz, który tworzył wówczas nowe środowisko w Mistrzejowicach. Poszedłem na najbliższą mszę czwartkową, gdzie byłem witany wręcz owacyjnie przez zgromadzonych, a potem spotkałem się z ks. Kazimierzem w „Bunkrze”. Nasza współpraca, a mam tutaj na myśli tzw. Czwórkę: Mietka Gila, Staszka Handzlika, Janka Ciesielskiego i siebie, była dosyć częsta i – powiedziałbym – specyficzna, różnorodna. Byliśmy wtedy osobami rozpoznawalnymi, ale także stale obserwowanymi przez SB i szpicli, musieliśmy od początku stawiać na jawność działania. Najważniejsze było, byśmy bywali na mszach czwartkowych i swoją postawą świadczyli o trwaniu „Solidarności” i oporu. Uczestniczyliśmy w ważniejszych spotkaniach w ściśle zamkniętym gronie z przywódcami i ważnymi osobami, głównie z Lechem Wałęsą, ale nie tylko. Dla mnie niezwykle ważna była jego postawa i działalność, szczególnie w drugiej połowie lat 80. ub. wieku. Był to czas, gdy wielu, bardzo wielu odeszło od działalności, niektórzy wyjechali, pozostali najwierniejsi. Społeczeństwo było już zmęczone ciągłą walką, traciło ducha, potencjał tzw. zadym się wyczerpał, strajki ustały, konspiracja kręciła się rozpędem, ale coraz częściej dochodziło do patologii także w tym obszarze. Wówczas Mistrzejowice były niczym oaza wolności w pełnym tego słowa znaczeniu, tam chęć walki i oporu, coraz bardziej inteligentnego, opartego na wierze, kulturze, edukacji trwała, a nawet się rozwijała. To była zasługa postawy Kazia. On bardzo zdecydowanie podtrzymywał ludzi na duchu, wzmacniał ich motywację.

Edward Nowak

Data Międzynarodowej Konferencji Praw Człowieka – w sierpniu 1988 r. – zbiegła się z wydarzeniami politycznymi, ze strajkami, ale to był przypadek. Tego, że w tym samym czasie będą strajki, w żaden sposób nie można było przewidzieć. Natomiast wyznaczenie daty organizacji konferencji na 1988 r. nie było przypadkowe – wtedy liberalizacja systemu posunęła się już mocno i można było założyć, że bezpieka wykaże pewną tolerancję wobec tego typu wydarzenia. Rzeczą oczywistą było, że gdyby konferencja miała się odbyć w 1985 lub 1986 r., nikogo zza granicy nie wpuściliby do Polski, a wszystkich krajowych uczestników aresztowaliby pod kościołem… Tymczasem 1988 r. to już był niesamowity czas; niebywała wręcz atmosfera przedwiośnia! Dosłownie czuć było w powietrzu, że następują wielkie wydarzenia, które się jeszcze nie zdarzyły, ale że one nadchodzą, że już niemal tu są, że to jest to przedwiośnie! Że to jest ten moment, kiedy za chwilę wszystko wybuchnie i dokładnie wiadomo, w jakim pójdzie kierunku. Nie wiadomo było tylko, co się stanie, ale wiedzieliśmy, że żyjemy w przededniu wielkich zdarzeń! To poczucie było wtedy wyjątkowo silne. Budziło niesłychanie dużo życiowej energii, wiara w przyszłość, optymizm; niemal lecieliśmy na skrzydłach…Konferencja – to było przedsięwzięcie niebywałe zupełnie; najprawdopodobniej z największym rozmachem zorganizowana impreza publiczna w warunkach podziemia między Berlinem a Władywostokiem w całym okresie komunizmu! Nie słyszałem, żeby ktoś zrobił nielegalnie tego typu konferencję na taką skalę, to byłoby po prostu niemożliwe. Ale tu mieliśmy z jednej strony mającego odwagę powiedzieć: „Dlaczego nie spróbować takiego przedsięwzięcia?”, Zbigniewa Romaszewskiego, a z drugiej strony był ks. Jancarz, mający odwagę powiedzieć: „Okej”. On nie bał się takiego wydarzenia w Kościele, tak jak Romaszewski nie bał się tego zrobić na własną rękę, podczas gdy w oficjalnej, podziemnej „Solidarności” absolutnie by się na to nie zdecydowano. Kiedy decyzja zapadła i było wiadomo, że można wykorzystać wnętrza mistrzejowickiego kościoła św. Maksymiliana, kuria krakowska i inni patrzyli na to ze straszną niechęcią… Ale nikt nie powiedział stanowczo: „Nie”.

Jan Rokita

Parafia luborzycka liczyła wtedy siedem tysięcy dusz. Reakcje na inicjatywy księdza były bardzo różne, ale oczywiście zdecydowana większość kibicowała mu, popierała jego działalność i pomysły, współpracowała w tworzeniu różnych dzieł na terenie parafii. Tak było chociażby wtedy, kiedy powstawały kolejne budynki wokół plebanii, kiedy tworzył Stowarzyszenie Rodzina Kolpinga, później budynek tego stowarzyszenia, kiedy powstawało biuro pielgrzymkowe, wożące wiernych do Ojca Świętego. Ksiądz Jancarz mówił, że Jan Paweł II raz w tygodniu otrzymuje wiejski chleb z luborzyckiej ziemi, zawożony przez kolejne grupy pielgrzymkowe. Ksiądz zwracał też uwagę na ludzi bezrobotnych. Organizował wyjazdy do zaprzyjaźnionych parafii w Niemczech... Ale wydaje mi się po latach, że wiele osób jeszcze nie dojrzało w tamtym czasie, aby te wszystkie zmiany i propozycje ks. Jancarza zrozumieć...

Marek Jamborski wójt gminy Kocmyrzów-Luborzyca

Trudno sobie wyobrazić, że go już nie ma. Myślę, że dziś, z perspektywy lat, ludzie jeszcze inaczej oceniliby tę postać; bardziej ją doceniają – tak wynika z moich rozmów. Ale pewnej części ludzi on by się nie podobał, szczególnie teraz – przy takiej polaryzacji społeczeństwa. Bo on by wyszedł w kościele na ambonę i przyłożyłby tak, że nie byłoby co zbierać...

prof. Zygmunt Kolenda

Potem – już w wolnej Polsce – kilka razy z nim rozmawiałem. Pracował wtedy w Luborzycy. Od lipca 1989 r. byłem w „Gazecie Wyborczej” i chociażby z tego powodu dosyć często do niego dzwoniłem w różnych sprawach. On mnie stale zapraszał i czułem, że o nim zapominamy… Dziś mam nawet wyrzuty sumienia, ponieważ w wolnej Polsce każdy z nas zajął się swoimi sprawami i ks. Jancarz przestał nam być tak potrzebny jak dawniej. Myślę, że mógł czuć żal do nas wszystkich… A przecież to był jeden z najwspanialszych ludzi, jakich znałem w czasie komuny, zwłaszcza jeżeli chodzi o księży.

Jerzy Skoczylas

Wszystkie teksty pochodzą z albumu „Ksiądz Kazimierz” wydanego przez Studio Frodo i Stowarzyszenie Sieć Solidarności w 2014 r. pod redakcją Piotra Warischa